Misjonarz tańszy niż żołnierz

Dobra inwestycja

Może jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale zawsze daje trochę nadziei. Podobnie jest z ostatnimi działaniami naszych władz otwierającymi drogę do współpracy z polskimi misjonarzami pracującymi za granicą. Jak się okazuje, misjonarze to całkiem niemała grupa – mamy ich około 2000. Są wśród nich księża, zakonnice i zakonnicy, a coraz częściej również świeccy. Nierzadko w krajach, w których pracują, są jedynymi przedstawicielami naszego kraju. I wszędzie cieszą się dobrą
opinią.

Bogate państwa Zachodu, niekoniecznie tak katolickie jak Polska, już dawno zrozumiały, że wspieranie misjonarzy jest dobrą inwestycją. Na pewno lepszą niż wysyłanie w obce strony kontyngentów wojskowych. A do tego o wiele tańszą i bezpieczniejszą. Misjonarz nie naraża swojego kraju na odwet terrorystyczny i nie zabiera ze sobą sprzętu wartego miliony dolarów. Dlatego nawet zlaicyzowana Francja, nie mówiąc już o Niemczech czy Hiszpanii, zapewnia rozmaite świadczenia swoim obywatelom, którzy na jakiś czas albo na stałe podejmują się nieść innym wiarę i zdobycze naszej cywilizacji. Niemieccy misjonarze są chyba w tej grupie w najlepszej sytuacji, bo oprócz ciągłości ubezpieczeń społecznych mogą liczyć także na niewielkie wynagrodzenie wypłacane z państwowej kasy.